Krótki reportaż z mojego ostatniego trekkingu w Nepalu … trekkingu w dolinie LANGTANG …
O godzinie 6:30 przyjeżdża pod hostel Kipi, który organizuje mi trekking po Langtang Valley. Wsiadam na jego skuter i jedziemy obwodnicą Katmandu na północno-zachodni jej odcinek skąd odjeżdżają busy do Syapru Besi. W wiosce tej rozpoczyna się szlak po dolinie Langtang. Poznaję mojego przewodnika o nazwisku Lhakpa Gelu Lama i o 7:30 startujemy ciesząc się, że mamy wykupione miejsca siedzące. W innym przypadku długa, 7-godzinna droga zamieniłaby się w udrękę. Jak to w Nepalu … jakość dróg nie rozpieszcza. Wertepy jakich mało, a prostych odcinków jak na lekarstwo. Cały czas lewo, prawo, góra, dół i w zasadzie jednakowo przez całe 7 godzin. Powyżej miejscowości Bidur droga robi się jeszcze bardziej wymagająca, a dodatkowo zła, mglista i deszczowa pogoda tego dnia nie ułatwia zadania kierowcy. Momentami jest tak wąsko i nieprzewidywalnie, że zaczynam się denerwować. Nie spodziewałem się, że trasa jest tak wymagająca dla pojazdów. Dobrze, że ten etap podróży już za mną i mogę spokojnie leżeć w pokoju naszego guest house’u.



Pierwszy dzień trekkingu i od razu pracowicie. Nie będę ściemniał, że na ten wyjazd nie przygotowałem się fizycznie. Wiedziałem, że lekko nie będzie i już pierwszego dnia się to potwierdziło. Etap z Syapru Besi do Sherpagaun przewidziany na 7-8 godzin zamknął się u mnie w 8 godzinach. Nad Syapru Besi szlak zaczyna się stromo piąć do góry i tak nie przestaje przez następne 5h drogi. Masakra. Nie chcę nikogo wystraszyć bo technicznie szlak jest łatwy tylko po prostu jest wymagający fizycznie – przynajmniej dla mnie. W sumie to przez pierwsze 5 godzin nie pamiętam płaskiego odcinka … choćby 100 metrów. Pamiętam, że po 3 godzinach miałem już mętlik w głowie i chyba ze sto razy zadawałem sobie pytanie – co ja tu robię? No ale co … trzeba iść :)). Na szczęście jest tak pięknie wokół, że warto się pomęczyć. Od początku miałem wrażenie, że dość mocno spowalniam przewodnika, ale akceptował to niewzruszenie. Po 4 godzinach podchodzenia upragniona godzinna przerwa na lunch podniosła morale i następna godzina ciągłego podchodzenia minęła jakoś łatwiej, choć nogi momentami robiły się sztywne. Dalej przyszedł czas na 2-godzinny odcinek trawersujący północne zbocza doliny Langtang. Ten fragment był już lżejszy ponieważ podejścia naprzemiennie zmieniały się ze zejściami, które dawały odpocząć nogom. Sherpagaun przywitał nas kilka minut przed 15.00. Upragniony odpoczynek był na wagę złota. Po wczorajszym deszczowym dniu dziś pogoda była znacznie lepsza. Pogoda nie była idealna do podziwiania widoków ale najważniejsze, że nie padało i nawet często wychodziło słońce zza chmur.




Tak jak myślałem, po wczorajszym dniu nie wstawało się łatwo. Noc minęła dobrze tak do 4.30, a potem już tylko wyczekiwanie na budzik do godziny 6.00, aby wstać i przygotować się do śniadania oraz wędrówki. Jak zwykle koło godziny 7.00 ruszamy w drogę. Teren wokół robi się coraz bardziej majestatyczny, a dolina Langtang jakby węższa. Szlak nie jest już cały czas tak stromy jak wczoraj chociaż są takie 20-30 minutowe podejścia, które potrafią złamać. Czuję w nogach wczorajszy wysiłek. Czuję niemoc. Do wioski Ghodatabela ledwo dochodzę. Każdy krok jest trudny. Głową nadrabiam braki fizyczne i pomału idę wyżej. Godzina na lunch pozwala troszkę się zregenerować. Widoki robią się coraz piękniejsze z każdą godziną. Pojawiają się pięknie ośnieżone szczyty Lirung II (6600 mnpm), Luri Himal (6924 mnpm) oraz Langtang Lirung (7227 mnpm). Krajobrazy bajeczne! Takie, jakich szukamy w Himalajach. Są nagrodą za wysiłek i motorem napędowym do dalszej wędrówki. Bardzo trudny dzień – drugi z rzędu – ale warty każdego ciężkiego kroku pod górę. W przeciągu dwóch dni z wysokości niespełna 1500 mnpm osiągam wysokość 3200 mnpm. Czas na długi sen i regenerację.





Trzeci dzień trekingu doliną Langtang. Po pierwszych dwóch trudnych dniach wędrówki budzę się z większym optymizmem. Dziś też będzie sporo do podejścia, ale jakoś czuję że będzie lepiej. Krajobrazy wokół robią się już typowo wysokogórskie, mniej jest drzew a za to zbocza porośnięte są krzewami z wyraźnie wyrastającymi, ostrymi kolcami. Teren robi się surowy, kamienisty, mniej przyjemny a pokrywająca zbocza roślinność przybrała jesienne, żółto-brązowe kolory. Cały dzień towarzyszył nam widok ośnieżonych 6-tysięczników, na czele z pięknym Ganchenpo (6378 mnpm) oraz wysokim Langtang Lirung (7227 mnpm). Po dwóch godzinach wędrówki docieramy z Lhakpą Gelu Lamą do znanej w tym regionie wioski Langtang. Obecnie istniejąca wioska jest nową osadą powstałą zaraz obok pierwotnej, która w 2015 roku przestała istnieć na skutek lawiny lodu i skał spadających spod wierzchołka Langtang Lirung, lawiny wywołanej trzęsieniem ziemi. Zginęło wówczas ponad 200 osób, w tym 38 turystów. Wioska przestała istnieć. Został tylko jeden budynek usadowiony najbliżej ścian górujących nad wiosną stromych zboczy. Kolejne godziny wędrówki to już prawdziwa nagroda dla zmysłów, w tym pasące się na niewielkim płaskowyżu Jaki, żółtawe wzniesienia i rześkie powietrze charakterystyczne na wysokościach bliskich 4000 metrów nad poziomem morza. Cel tego dnia – leżąca na wysokości 3850 mnpm wioska Kyanjin Gompa – to również najdalej wysunięty w głąb doliny punkt mojego trekkingu. Kyanjin Gompa jest przepięknie położona, otoczona z każdej strony wysokimi, ośnieżonymi szczytami. Nic, tylko bez końca się w nie wpatrywać. Dokładnie tak mija mi dzisiejsze popołudnie … siedząc w jadalni, popijając herbatę i patrząc przez okna na piękne góry.








Nocleg na wysokości 3850 mnpm nie różnił się dla mnie niczym od tych niżej położonych, no może tylko tym, że noc jest zimniejsza. Przykryty dwoma grubymi kołdrami przyjemne ciepło czuć już po 10 minutach. Oczywiście pod kołdrami jestem w skarpetach, spodniach dresowych i bluzie – w innym przypadku potrzebny jest jeszcze dodatkowy koc lub śpiwór. O godzinie 6:15 niespodziewanie puka do drzwi pokoju Lhakpa Gelu Lama, aby przypomnieć że zaraz jest wschód słońca i jeśli chcę zobaczyć wioskę i otaczające góry o tej porze to mam się szybko zbierać. Faktycznie jest coś magicznego w takich miejscach o wschodzie słońca. Wokół przeszywająca cisza, lekko jeszcze ciemno, a jednocześnie wierzchołki tych ogromnych gór zaczynają przybierać jasno-pomarańczowe odcienie. Niesamowite chwile, które musiałem utrwalić na kilku zdjęciach. Dziś ruszamy w drogę powrotną obniżając wysokość o około 650m. Nie spieszymy się więc z rana i dopiero po godzinie 8:00 rozpoczynamy wędrówkę. Dystans dziesięciu kilometrów jaki dziś pokonujemy też nie jest banalnie prosty. Teren się obniża, ale co kilka minut są jakieś krótsze lub dłuższe podejścia. Nie mam dziś weny i wędrówka idzie mi jakoś wolno, a do tego 1,5 godziny czas oczekiwania na zamówiony lunch w Langtang wybija mnie dodatkowo z rytmu. Czekając na jedzenie nawet zdrzemnąłem się chwilę, zmęczony trochę dzisiejszym mocnym słońcem. Ostatni kilometr przed Thangshyap bardzo się dłuży, a kiedy już docieramy na miejsce pierwsze o czym marzę to ciepły prysznic i odpoczynek pod ciepłą kołdrą. Dzień podsumowuję jako bardzo spokojny, niespieszny, wakacyjny ale też bardzo malowniczy.








Dzisiejsza noc była chłodna. Czuć, że jesień coraz bardziej postępuje i temperatura – szczególnie w nocy – robi się coraz niższa. Ciężko się wychodzi spod nagrzanej kołdry. Po raz pierwszy na tym wyjeździe jem owsiankę na śniadanie. W jadalni jest tak chłodno, że owsianka szybko stygnie. Ruszamy. Cel na dziś to mała wioska Bamboo położona około 12km od Thangshyap. Duża różnica wysokości z 3200 mnpm na 1970 mnpm na tej odległości sprawia, że stromo dziś schodzimy. Tak jak podejrzewałem, nie było łatwo. Nie było łatwo dla moich kolan, które po kilku kilometrach zaczęły cierpieć. Fajnie, bo nie ma wielu długich podejść i płuca nie palą, ale na długich zejściach nogi wystawione są na poważną próbę. Wraz z obniżaniem wysokości robi się cieplej a poranne chmury znikają. Poniżej 3000 mnpm zaczyna robić się zielono. Pojawiają się lasy, jednak opadające, żółte liście zapowiadają zbliżającą się zimę. Dolina Langtang robi się wąska i stroma. Ma swój klimat. Pół godziny przed Bamboo przekraczamy rzekę długim, wiszącym mostem co zawsze jest swego rodzaju atrakcją. Nie ukrywam, że ostatni kilometr idę już wolno, a nogi proszą o długą przerwę. Po godzinie 14:00 osiągamy Bamboo i z przyjemnością oddaję się odpoczynkowi zamawiając w międzyczasie pizzę z pomidorami i serem jako odmiana od codziennego chowmeina i dal bhata. Minął właśnie przedostatni dzień trekkingu.






W Bamboo są tylko dwa guest house’y, a turystów na szlaku sporo. Każdy chce przenocować kiedy zbliża się koniec dnia. Właściciel przybytku nie pozostawia mi wyboru i prosi o przyjęcie do pokoju jednego z chińskich turystów. W miejscach gdzie jest za mało łóżek do spania często trzeba dzielić pokój z obcymi lub jeśli zachodzi taka potrzeba spać w rozstawionych specjalnie namiotach. Przewodnik powiedział mi, że były już w tym sezonie przypadki na popularnych szlakach, że turyści spali również na podłodze w jadalni, aby nie zostać w górach bez dachu nad głową. Nocleg w wiosce Bamboo wciśniętej między wysokie, strome zbocze, a brzeg rwącej rzeki Langtang Khola nie należał do najbardziej komfortowych. Miejsce ciasne, głośne, zatłoczone. Do godziny 4:30 rano spałem wyśmienicie, potem jednak do śniadania wyczekiwałem przewracając się z jednego boku na drugi. Szum rwącej rzeki – w zasadzie zaraz za ścianą pokoju – był tak głośny, że do teraz mam go w głowie. Własne myśli trudno było usłyszeć. Dzisiejszy, ostatni, 7-kilometrowy etap trekkingu po dolinie Langtang nie jest już wyzwaniem fizycznym dlatego nie spieszymy się ani ze śniadaniem, ani już na szlaku. Po wczorajszym, długim schodzeniu nogi już się zregenerowały więc szło się całkiem dobrze. W powietrzu czuć dużą wilgotność. Pocę się zdecydowanie bardziej niż w wyższych partiach gór. Pierwsze 4 może 4,5 km to droga głównie duktami leśnymi gdzieniegdzie wychodząca na teren otwarty, często zagrożony obsunięciami ziemi lub kamiennymi lawinami. W jednym z takich miejsc odcinek około 150 może 200 metrów pokonuję mocno kontrolując stopy, aby na niepewnej piaszczysto-kamiennej, wąskiej ścieżce się nie poślizgnąć. Mało komfortowy dla mnie fragment drogi. Poza tym szlak w samym dole doliny zawsze obarczony jest większym ryzykiem jakiś spadających odłamków skalnych. Na szczęście nie pada i nie ma wiatru więc zagrożenie jest znacznie mniejsze. Ostatnie 2 – 2,5 km to już zejście drogą samochodową, eksploatowaną obecnie również przez ciężarówki zaopatrujące budowę elektrowni wodnej prze wiosce Domen. Ten odcinek trasy jest już mało ciekawy. Trzeba go po prostu odhaczyć, aby dotrzeć do finiszu trekkingu, czyli do Syapru Besi. Przed godziną 12:00 oczekuję już na swój pokój mając sporo czasu na leniuchowanie. Bus powrotny do Katmandu dopiero jutro rano.






Cieszę się, że trekking udał się bez żadnych niespodzianek i mimo słabej formy dane mi było zobaczyć ten piękny kawałek Nepalu jakim jest dolina Langtang.